czkavka

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

39/365

298 minut z Eisensteinem. Czołgam się z zachwytu i zmęczenia.

Więcej, jak odeśpię.

"Spisek bojarów" - szybuje na szczyt mojej listy filmów bez których nie wyobrażam sobie kina.

wtorek, 9 kwietnia 2013

26/365

Czuję się znokautowana. Zmiażdżona. Rozłożona na czynniki pierwsze.
Orson Welles był geniuszem.

To jeden z tych filmów, w którym widz staje się współtwórcą dzieła.
Do kilkukrotnego obejrzenia i przemyślenia.

"Obywatel Kane"

 


Okoliczności, które towarzyszyły jego powstaniu są równie ciekawe, jak fabuła. Ech, to były czasy... 

Nic więcej nie napiszę, bo za 6 i pół godziny powinnam dziarsko maszerować do pracy




niedziela, 7 kwietnia 2013

24/365

Co może łączyć nauczycielkę hiszpańskiego, kieszonkowca, młodą ateistkę i Boga? Albo bezdomnego z metra i dwie fotografki? 
Odpowiedź jest równie zaskakująca, co banalna: miłość. 
A jednak właśnie to uczucie pojawia się w większości związków międzyludzkich, które splatają się w codzienność bohaterów filmu "Donoma" w reż. Djinnsa Carrénarda.

Zgodnie z założeniami reżysera [1] można ją rozpatrywać na trzech poziomach:
- miłość jako namiętność (historia nauczycielki) - tu potraktowana jako gra między fascynacją i nienawiścią, drapieżna i dynamiczna;
- miłość codzienna, do kogoś z kim się mieszka i do jego przyzwyczajeń (historia dwójki milczących nieznajomych) - niosąca w sobie pułapkę rutyny;
- miłość metafizyczna (historia ateistki odkrywającej w sobie uczucie do Boga, w którego istnienie nie wierzy ani przed odkryciem, że go kocha, ani po). [2]

Nie ma sensu przytaczać więcej szczegółów fabuły, bo to nie ona jest nerwem filmu. Lepiej pozwolić się pochłonąć obrazom wyczarowanym lomo kamerą. Dynamiczne ujęcia przeplatają się z długimi, między poszczególnymi scenami porozwieszone są zastygające kadry lub zdjęcia robione przez jedną z bohaterek. Jest nostalgicznie, malowniczo i... bardzo, bardzo świeżo. I może właśnie dzięki temu temat związków i miłości zyskał trochę inny wymiar, chociaż wydawałoby się, że w tej materii nie da się już nic odkrywczego powiedzieć.

Wskazówką do interpretacji może być tytuł, który w języku Indian oznacza "Nadszedł dzień".
Wschód słońca pojawia się we wszystkich trzech historiach i symbolizuje zmianę w życiu bohaterów:
- w historii nauczycielki to moment, w którym zdaje sobie ona sprawę, że to co się stało, było złe;
- w historii milczących kochanków świt pomaga im określić czas, który spędzili ze sobą;
- w historii świętej ateistki to właśnie o świcie pojawiają się stygmaty.[3] 

A teraz - uwaga! O "Donomie" krąży legenda, że jest najtańszą produkcją, jaka kiedykolwiek była pokazywana w Cannes [4] - jego budżet zamknął się w kwocie 150 Euro! Skąd ta suma? Reżyser tłumaczy to tym, że była scena, do której bardzo potrzebowałem smoking, a żaden z moich przyjaciół go nie posiadał. Więc kupiłem smoking za 150 Euro, ale tę scenę wycięliśmy i nie weszła do filmu.

Film kręcono przez 3 miesiące, a ekipa techniczna składała się z jednej osoby - reżyser odpowiedzialny był również za dźwięk, i za kamerę. Przez to, że nie mieli na nic pieniędzy, musieli kręcić tylko 4 godziny dziennie, żeby zmieścić się między posiłkami.[5]

Reżyser nie dał aktorom scenariusza, tłumaczył im co mają mniej więcej powiedzieć. Wszystkie próby były filmowane, jeśli dobrze wychodziły, to to właśnie ujęcie znajdowało się w filmie. Jeśli wychodziły źle, to reżyser rozpisywał raz jeszcze scenę, żeby film nie stracił świeżości. Efekt końcowy potwierdza, że improwizacja i spontaniczność wcale nie jest złym rozwiązaniem.

Nie potrafię w myślach oderwać się od tego obrazu, chociaż momentami jest nierówny. Irytuje scena rapowego slamu - mimo ładunku emocji, który ze sobą niesie, jest dla mnie mało wiarygodna i sprawia wrażenie doklejonej na siłę. Intryguje za to postać chorej na białaczkę siostry jednej z bohaterek. Ten wątek średnio pasuje do poziomu rozterek reszty bohaterów i właściwie jest tylko lekko zaznaczony, nie rozwija się. 

Podsumowując - film polecam,  ale ostrożnie. To nie przypadek, że miał swój debiut w Polsce na Nowych Horyzontach. Raczej nie ma szans, żeby trafił do szerokiej publiczności. Za to całkiem możliwe, że trafi jego szerokobudżetowa wersja, którą reżyser zdecydował się nakręcić, gdy został doceniony (czytaj: dofinansowany). Tylko czy remake nadal będzie miał w sobie tyle spontaniczności i uroku?



[1] z rozmowy z Djinnem Carrénardem po pokazie, który odbył się 5 kwietnia 2013, w warszawskim kinie Muranów.

[2] z rozmowy z Djinnem Carrénardem po pokazie, który odbył się 5 kwietnia 2013, w warszawskim kinie Muranów:
- historia nauczycielki jest inspirowana życiem znajomej reżysera, która co prawda nie była nauczycielką, ale miała romans z 16-latkiem. Djinnowi nie udało się przekonać jej, że to niemoralne, choć bardzo się starał.
- historia ateistki naznaczonej stygmatami wywodzi się z tego, że mama Djinna jako dziecko chciała zostać świętą; 
- historia milczących kochanków jest inspirowana osobistymi doświadczeniami i przemyśleniami reżysera. Gdyby ludzie mówili mniej ich związki trwałyby dłużej. 

[3] z rozmowy z Djinnem Carrénardem po pokazie, który odbył się 5 kwietnia 2013, w warszawskim kinie Muranów:

[4] dodam, że jest to film pełnometrażowy - trwa ponad 2 godziny

[5] Carrénard kupił mnie tym tekstem. A potem było jeszcze lepiej! (z rozmowy z Djinnem Carrénardem po pokazie, który odbył się 5 kwietnia 2013, w warszawskim kinie Muranów).
 

wtorek, 26 marca 2013

12/365

Jestem pod wrażeniem. Trudno mi tylko określić jego jakość.
Film genialny w formie i mocno wątpliwy w odbiorze.

"Triumf woli" (1934)




Chyba najgłośniejszy propagandowy film dokumentalny III Rzeszy. Ale czy aby na pewno dokument?

Z prawdziwego życia narodu zbudowano fałszywą rzeczywistość, która podaje się za prawdziwą; ta oszukańcza rzeczywistość nie jest jednak celem sama dla siebie, ale służy jako tworzywo filmu, który ma mieć charakter autentycznego dokumentu. Triumf woli na pewno był filmem o hitlerowskim zjeździe partyjnym*. Ale zjazd został wyreżyserowany dla celów produkcji Triumfu woli po to, by za pośrednictwem filmu cały naród mógł być wprowadzony w stan ekstazy.**

Za reżyserię zjazdu odpowiedzialny był Albert Speer, niemiecki architekt i polityk, natomiast doprowadzaniem narodu do ekstazy zajęła się Leni Riefenstahl.

Tancerka, alpinistka, aktorka, wreszcie reżyserka Niebieskiego światła*** (1931), które zachwyciło Adolfa Hitlera. Od tamtej pory to on zleca jej kolejne projekty filmowe. Leni nie podlega Ministerstwu Informacji i Propagandy kierowanemu przez Goebbelsa i ma do dyspozycji najlepszych operatorów, techników, oświetleniowców i sprzęt III Rzeszy. Podczas realizacji Triumfu woli kieruje 170-osobową ekipą i pracą 36 kamer, z czego 9 filmuje teren z samolotów. Ponadto każe skonstruować specjalną windę dla pionowej panoramy.**** Łącznie nakręcone zostaje blisko 400 km (!) taśmy filmowej, którą trzeba było skrócić do niecałych 2 godzin.
Do końca 1945 roku film jest pokazywany w każdym niemieckim kinie i budzi nieustający zachwyt i aplauz. Po wojnie zostaje wciągnięty na listę filmów pronazistowskich i jego projekcja w Niemczech jest zakazana.

 O środkach zastosowanych w filmie można opowiadać naprawdę długo:
- klamra otwierająca i zamykająca film - sekwencje w chmurach - boskie pochodzenie zstępującego do tłumów furera?
- maszerujące tłumy kontra jednostka - nadczłowiek, zwykle pokazywany od dołu, przez co wydaje się bardziej monumentalny. Z kolei maszerujący często są filmowani z góry, tak aby światło padało na nich od tyłu;
- nocne wizje - gra światła i cieni -morze płonących pochodni i falujących sztandarów - podniosła atmosfera;
- apogeum zbiorowego szaleństwa? Hitler w skupieniu poświęcający nowe sztandary.
Lotte H. Eisner w "Ekranie demonicznym" mówi o tym wprost - psychoza masowa, ujawniająca się za pośrednictwem demonstracji wizualnych i dźwiękowych zyskuje charakter pewnego studium klinicznego*****.

I tak dalej, tyle że zamykają mi się oczy. Całkiem możliwe, że zrobię jutro update tej notki, ale równie możliwe, że jednak nie. Nie ma szans. Nie zdążę.
Bo jutro "Uroczystość" w reż. G. Jarzyny.



*zjazd NSDAP w Norymberdze w roku 1934
** [w:] "Od Caligariego do Hitlera" Siegfried Kracauer, Warszawa 1958, s. 256-257
*** górska baśń o dzikiej, odrzuconej przez mieszkańców wioski dziewczynie imieniem Junta, która zna tajemnicę niebieskiego blasku widywanego nocą nad niedostępnym zboczu górskim. Tajemniczym światłem jest odblask księżyca odbijający się w kryształach tkwiących w skale. Zakochana w przybyszu z miasta, wskazuje mu drogę do skarbu, ale w ślad za nimi podążają chciwi wieśniacy i złoże kryształów zostaje splądrowane. Dziewczyna spada w przepaść
****[za:] Andrzej Kołodyński, "Długie życie Leni Riefenstahl, w: "Kino", 1/2002, s. 14-1.
***** [w:] "Ekran demoniczny" Lotte H. Eisner, Gdańsk 2011, s. 176.

sobota, 23 marca 2013

9/365

Cholera, to na ten film nie poszłam wczoraj, bo pchałam taczki? Żal!



Mało mnie ostatnio w kinie. Poza poniedziałkami.
Za poniedziałkami się rozglądam, biorę w ciemno i żarłocznie konsumuję.




czwartek, 21 marca 2013

7/365

Wiadomość właściwie z wczoraj: podobno Xawery Żuławski chce nakręcić ekranizację "Złego"! (Szczegóły tutaj)

Ha! "Złego" uwielbiam i uważam, że jest nieprzekładalny na nic, ale "Wojna polsko-ruska..." też taka była i co? I jak ładnie mu poszło!

A tu piękna i pomocna rzecz, którą znalazłam w sieci: Warszawa śladami Złego

wtorek, 19 marca 2013

5/365

Na zakończenie wieczoru w Iluzjonie - "Urzeczona" (1945), czyli Hitchcock, Dali i Freud w jednym.



 



Boję się iść do łóżka.




Kino Iluzjon